Powiat Ostrołęka woj. mazowieckie

Janochy 22

07-405 Troszyn

tel. (0-29) 767-1961

kom. 0 784-111-444, 0 502-545-452

e-mail: dr.glinka@janochy.pl oraz dr.glinka@interia.pl

Jeśli Ty sam lub ktoś z Twoich znajomych cierpi z powodu tej paraliżującej choroby, zadzwoń lub napisz dzisiaj i uzyskasz bezpłatną informację na temat leczenia uzależnien w naszym Ośrodku

Telefony 24 godz./dobę: INFOLINIA 0- 801- 000- 532 (koszt połączenia jak rozmowy lokalne)

Składając skrzydła aniołom

Wywiad – rzeka z Włodzimierzem Glinka

Z Włodzimierzem Glinka rozmawia Marek Samselski

Janochy, lipiec 2009 r.


M. - Jesteś lekarzem, jesteś podróżnikiem, jesteś napastnikiem, jesteś ratownikiem. Zgadzasz się? 

Włodzimierz - Z całą pewnością jestem lekarzem...

M. - Z wykształcenia i z powołania. Znam lekarza, dobiega już siedemdziesiątki, który powiedział, że co trzeci z jego profesji wybiera ten zawód z powołania. Myślę, że ty na pewno. 

Włodzimierz - Tak, zgodzę się z tym. Zdawałem egzaminy na piątki, być może zdawałbym celująco, studiując na przykład inżynierię śródlądową. Trudno to sprawdzić, a właściwie jest to niemożliwe, gdyż nigdy na taki kierunek bym się nie wybrał, a poza tym nie wiem, czy w ogóle taki istnieje. Jakąś szansę miałaby inżynieria transoceaniczna, bo horyzonty pewnie poszerza. A mówiąc zupełnie serio, prawda jest taka, że od dziecka chciałem być lekarzem i cieszę się, że nim jestem.

M. – Typisch humanista, że stwierdzę z niemiecka. 

Włodzimierz – Ty pisz – humanista.

M. - Zwiedziłeś kawał świata, ale o twoich podróżach jeszcze porozmawiamy. Na razie mam takie pytanie: Czy jeździsz przede wszystkim do miejsc, czy też namagnesowany jesteś ludźmi, których znasz albo masz poznać?

Włodzimierz - Przyciąga mnie świat, który mogę poznać. Tak, przede wszystkim nowy świat ludzi, potem krajobrazowy. Na pewno najpierw jestem humanistą, a potem globtroterem.

M.- Do Stanów Zjednoczonych wybrałeś się po...?

Włodzimierz - Po powietrze, po przestrzeń, po doświadczenia. No oczywiście nie po to, by samotnie przemierzać prerię land roverem albo hummerem, czy też zwiedzać Alaskę psim zaprzęgiem husky. Podziwiać Kanion Colorado – OK, ale nie sam... Wzruszeniem chcę się dzielić. Sporo czasu spędziłem w barach, też dzieliłem się w nich wzruszeniami. 

M. - No właśnie, przypomnę, że nazwałem cię na wstępie napastnikiem. Miałem na myśli taką życiową postawę człowieka czynu, trochę (albo niekoniecznie trochę) ryzykanta. Jednocześnie masz w sobie sporo romantyzmu. 

Włodzimierz - Nie powinno to dziwić. Myślę, że podróżnicy przemierzający Stany w poprzek, muszą mieć w sobie coś z romantyka. Ale żeby pożyć trochę w tym kraju, musiałem pracować, tu zdecydowanie włącza się pragmatyzm. Poza tym miałem ambitny plan odłożenia trochę pieniędzy i przywiezienia do Polski.

M. – Jesteś facetem swobodnie poruszającym się wśród ludzi show-biznesu w Hollywood, a jednocześnie świetnie rozumiejącym się z życiowymi degeneratami w twoim ośrodku w Janochach. 

Włodzimierz – Och, myślisz że w Hollywood mało jest życiowych, jak to powiedziałeś, degeneratów? Prochy i alkohol są tam w bezustannym natarciu. 

M. – Byłeś ćmą barową jak Chinaski Mickey’a Rourke’go, czy zostawiałeś Vegas jak Sanderson, zagrany przez Nicolasa Cage’a? 

Włodzimierz – Coś czuję, że pytasz naprowadzająco i prowokacyjnie, bo wiesz, że zasiadałem przy barze z Nicolasem. Nie rajcowały mnie speluny, po jakich taczał się Chinaski, nie dotarłem też do etapu beznadziejnej umowy z kimkolwiek, polegającej na zakazaniu mówienia sobie prawdy i zakazie pomagania w wyjściu z nałogu. Taki układ ze swoją partnerką zawarł Sanderson. Widzisz, alkoholik na pewnym etapie często staje się na tyle psychopatyczny, że zaczyna bać się życia. A człowiekowi, który boi się życia, łatwiej stać się samobójcą. Po dwóch tygodniach zdjęć „Zostawić Las Vegas”, samobójstwo popełnił John O’Brien, autor w dużej części autobiograficznej książki, na podstawie której nakręcono film. Geoffrey Firmin, zapijający się w meksykańskim upale konsul, bohater powieści „Pod wulkanem”, to alter ego jej autora – Lowry’ego Tak się czasem to splata. Jeśli chodzi o mnie, to ja życie kocham. I się go nie boję.

M. – Kiedy poleciałeś do Stanów Zjednoczonych po raz pierwszy? 

Włodzimierz - W osiemdziesiątym dziewiątym, jako trzydziestolatek. Taki wiek zobowiązuje już do poważnych decyzji. Albo powiem inaczej, do decyzji mających swoją poważną wagę. 

M. – Drodze twoich przeżyć towarzyszyła mozaika fantastycznych (blisko science fiction) wydarzeń i wielkich dramatów, począwszy od wyjazdu z rodzinnej Ostrołęki, przez studia medyczne, praktykę lekarską w Polsce, wyjazd do Stanów, podróże i wreszcie, w połowie lat dziewięćdziesiątych, założyłeś ośrodek odwykowy w Janochach i własne Glinkowo. Jesteś klasycznym przykładem kowboja, który najeździł się po prerii, zmęczył się tym nieco, znalazł odpowiednią squaw i założył w końcu swoje ranczo. Tym bardziej jest to klasyczne, że wróciłeś w rodzinne strony.

Włodzimierz – Dużo w tym prawdy, oprócz jednego – ze swoją squaw, czyli moją żoną Basią, jestem od dawna. Towarzyszyła mi w moich wędrówkach i próbach zawojowania świata, często okazując wielką wyrozumiałość i prezentując anielską cierpliwość. Basia jest dla mnie opoką. 

M. – Macie córeczkę Julcię. Kilka lat temu przeżyliście dramat nie do opisania, straciliście swoją pierwszą córeczkę ... 

Włodzimierz – Tak. Zuzia urodziła się z wadą serca. Nie udało się jej uratować. Kiedy odwiedzamy grób Zuzi, śpiewam jej piosenki. 

M. – Masz jeszcze dorosłą córkę Kasię z wcześniejszego związku. Chciałbym żebyśmy o twoich rodzinnych związkach, a także o latach chłopięcych porozmawiali później, niejako odwijając „życia film”. 

Włodzimierz – Zgoda.

M. – Gwoli wyjaśnienia, ten „ratownik” w pierwszym zdaniu naszej rozmowy, to ratujący ludzi będących na krawędzi. Myślę o pacjentach w twoim ośrodku, no i o wielu ludziach, dla których jesteś terapeutą – przyjacielem. 

Włodzimierz – Nie jestem terapeutą. 

M – Spełniasz rolę terapeuty. 

Włodzimierz – Zdaję sobie z tego sprawę. A wracając do tematu ratownictwa, faktycznie są wśród pacjentów tacy, którzy trafili tu zamiast do pogotowia ratunkowego. W stanie bliskim delirium. Leczenie w moim ośrodku jest płatne. Mam świetny zespół terapeutów, specjalistów od uzależnień. Pacjenci, powodowani determinacją własną, a często też najbliższych, decydują się, środkami płatniczymi, przeznaczanymi wcześniej na spustoszenia organizmu, zapłacić za restaurację... ciała i psychiki.

M. – Sam to przechodziłeś. 

Włodzimierz – Przechodzę cały czas. Nie ma wyleczenia z nałogu; jest zaleczenie. Powiem ci, że czuję się potrzebny tym ludziom w ośrodku... 

M. – Masz charyzmę, mówiąc patrzysz prosto w oczy. Dajesz im siłę. 

Włodzimierz – Więc jestem im potrzebny i jednocześnie ja ich potrzebuję. Widząc i czując ich, wyzwalam w sobie energię. Każdy przypadek pacjenta jest inny, ale istnieje taki upiorny schemat zdobywania przez alkohol władzy nad człowiekiem, który się powiela. Często w przypadłościach osób leczących się, odnajduję swoje przypadłości. 

M. – Tak, jesteś facetem po przejściach. Pan doktor jest wiarygodny. 

Włodzimierz – Oni wszyscy są po przejściach, często niewiarygodnych. 

M. – Chciałbym, żebyśmy porozmawiali właśnie o twoich przejściach. Myślę, że niekoniecznie w postaci zeznań w porządku chronologicznym. Pozwól, że będę zadawał ci pytania o wydarzenia, o implikacje i wnioski. Sam pozwolę sobie pewnie też od czasu do czasu wysnuć jakiś wniosek. Znamy się i przyjaźnimy, namówiłem cię na ten wywiad i jego książkowe wydanie, gdyż masz wiele do powiedzenia, nie tylko w temacie uzależnienia. No i – swoje marzenia i zamierzenia sukcesywnie w ostatnich latach realizujesz. A wiesz, podejrzewam cię o pracoholizm.

Włodzimierz – To częsty przypadek w zastępie alkoholików; autoterapia poprzez pracę. Zresztą, ja nie potrafię działać „letnio”. Zaangażowałem się w budowę domu, w leczenie uzależnionych, w rozbudowę ośrodka. Dzielę swoje zaangażowanie na rodzinę i pracę zawodową. Nie wiem czy dzielę sprawiedliwie, być może za rzadko wyhamowuję działanie i oddaję się refleksji. Lubię pracować pod napięciem, może to jest mi po prostu niezbędne. Podejmowałem decyzje na krawędzi ryzyka. Aby zbudować ten dom, który jest taki jaki teraz widzisz, trzeba było zacząć od zakupu walącego się domostwa, śmierdzącego pędzonym w nim bimbrem. Ten zakup był właściwie „na gębę”, gdyż podpisywałem umowę nie mając jeszcze pieniędzy z kredytu, o który się ubiegałem. Ryzykowne to było, ale czułem że znalazłem miejsce, w którym chcę już zostać. 

M. – Dwie mam uwagi. Pierwsza to taka, że zdarzają się ludzie pracujący bez wytchnienia, gdyż tego wytchnienia najzwyczajniej się obawiają. A druga dotyczy tego, co powiedziałeś o umowie „na gębę”; jeśli ktoś coś ci sprzedaje, a właściwie daje, biorąc papier umowy bez pokrycia, to znaczy, że posiadasz siłę perswazji i budzisz zaufanie. 

Włodzimierz – Nie perswadowałem za bardzo. Po prostu powiedziałem, że chcę kupić to domostwo i kawałek ziemi, i na pewno tu zostanę. Myślę, że ludzie podejmują ryzyko zdając się na swoją intuicję. Bo przecież ten sprzedający też podejmował ryzyko. Wybrałem to miejsce i widać pewnie po mnie było autentyczne chcenie i determinację. Nie było „ściemy”. Tak pewnie czuł to sprzedający. 

M. – Masz tutaj konie, to zresztą oczywiste, że kowboj dobrze się czuje w ich towarzystwie. Sprowadziłeś też spore stado zwierząt egzotycznych i dałeś im sporą połać ziemi do dyspozycji. Wykupiłeś dość rozległy teren wokół swego domu także dlatego, by nikt za blisko się nie pobudował i nie przesłonił panoramy równinnej okolicy. Widzę, że się śmiejesz. 

Włodzimierz – Tak rzeczywiście powiedziałem.

M. – Konie i przestrzeń rozumiem, o przestrzeni i potrzebie szerokiego horyzontu wspomniałeś, ale skąd to zamiłowanie do egzotycznych zwierząt. Masz tu wielbłąda o bardzo interesującym imieniu – Bentley. Spacerują lamy, alpaki, osły, dziki, dumne pawie...

Włodzimierz – Sam już to powiedziałeś, sprowadzam te zwierzęta z zamiłowania, A zwróć uwagę na moich pacjentów. Czyż nie ma wśród nich egzotycznych osobowości? Być może działam z pewną empatią. Myślę, że sprawia im przyjemność obcowanie z moimi zwierzętami, zresztą jest w tym element terapii. Podobnie jak uprawianie tutaj ziemi. Niepotrzebnie chyba powiedziałem – z moimi zwierzętami, gdyż one są też własnością wszystkich „janochowskich” leczących się. Gdyby nie ośrodek, pewnie nie byłoby ich tyle.

M. – Rozumiem, że pacjenci wiedzą za co płacą, a płacą dwanaście tysięcy złotych za miesiąc leczenia i pobytu. 

Włodzimierz – Ująłeś to w lapidarny sposób. Płacą za wysoką jakość i sprawdzoną efektywność leczenia. Wystarczy proste rozumowanie, by wyciągnąć wniosek, że mają do dyspozycji komfortowe pokoje i to wszystko, co widzisz wokół, dzięki poziomowi leczenia i terapii. Bo za taki poziom można liczyć sobie wysokie stawki i za nie rozbudowywać „sieć usług”. Weź w cudzysłów tę „sieć usług”, bo mam tu na myśli jeszcze kort tenisowy do dyspozycji, a także strzelnicę i basen. Rozważam też bardzo poważne sesje skoków spadochronowych, przy odpowiedniej pogodzie i wietrze, oczywiście.

M. – Znowu widzę twój swoisty, nieco przewrotny uśmiech, jeszcze trochę, a przerodzi się w sarkastyczny w swojej wymowie obronny rechot. To drażliwy temat, ta wysokość stawek za leczenie? 

Włodzimierz – Nie drażliwy. Zdarzają się złośliwe komentarze, najczęściej telefoniczne, gdy podczas sondującej rozmowy na temat warunków leczenia podajemy cenę za pobyt. Powiem ci, że z roku na rok rośnie liczba naszych pacjentów. Opowiadałeś o twojej pracy w Gaudynkach, w jednym z ośrodków Monaru. Po paru miesiącach Marek Kotański powiedział ci, że naprawdę pomożesz pacjentom, jeśli przynajmniej przez rok zamieszkasz z nimi. Tak zrobiłeś, pomogłeś, ale drogo cię to kosztowało. Za jaką cenę pracowałeś? O ile wiem, kosztowało cię to życie rodzinne.

M. – To prawda, było to ćwierć wieku temu. Więc pomyliłem się z tym rechotem, nazwę go „obronnym”. Obronny biorę w cudzysłów, oczywiście. Prawdę mówiąc, to jeśli coś jest tanie, to automatycznie wydaje się mniej warte, albo powiem więcej – mniej wartościowe. 

Włodzimierz – Ci, którzy tu przyjeżdżają i zostają, są wśród nich także narkomani i lekomani, traktują ten pobyt śmiertelnie poważnie. Nie przez przypadek mówię – śmiertelnie, bo prócz skrajnie psychopatycznych przypadków, motywacją do leczenia się jest świadomość ratunku przed zejściem śmiertelnym. Z takim lękiem przywożą też ich bliscy. Trafiła do nas pacjentka po dwóch próbach samobójczych - po skoku z trzeciego piętra i zderzeniu się szybkim samochodem z drzewem, składana była przez najlepszych chirurgów. Powiedziałem jej, żeby podziękowała Bogu i Opatrzności, że chodzi. Powiedziałem jej, żeby wyobraziła sobie, że pokonała alkohol, czyli swego podstępnego przyjaciela i największego wroga, a unieruchomiona jest na wózku inwalidzkim bezwładna od pasa w dół, bo to jej groziło. Zdarzają się pacjenci, którzy właściwie nie zostają naszymi pacjentami, gdyż po wzmocnieniu się kroplówką i uspokojeniu dygotu, opuszcza ich strach towarzyszący agonii i postanawiają drugiego albo trzeciego dnia wyjechać. Głusi na perswazje (czy to łagodne, czy to ostre) podpisują oświadczenie, że na własną prośbę rezygnują z leczenia. Nie lękałbyś się, że jeszcze tego samego dnia zapiją się na amen? A wracając do tematu śmiechu, myślę, że poważne traktowanie swego leczenia to jedno, a zdrowotne właściwości poczucia humoru, to drugie. 

M. – Czy to znaczy, że za mało serdecznego śmiechu?

Włodzimierz – Dużo serdecznego śmiechu jest, gdy odwiedzają nas rezydenci, którzy wyszli z ośrodka rok albo lata temu. Widać u nich powrót naturalnej radości życia. Przy okazji przypomnę o dobrych właściwościach autoironii. Odpowiedni dystans, a to duża sztuka umieć spojrzeć na siebie z odpowiedniego dystansu, jest na pewno pomocny w zmaganiu się z uzależnieniami.

M. – Są listy tych, którzy wyszli z ośrodka. Pozwól, że zacytuję dwa tegoroczne wpisy do waszej internetowej janochowskiej księgi gości. Piszą listy byli pacjenci. Są bardzo budujące wpisy, na przykład od utrzymującego abstynencję pacjenta, który wyszedł sześć lat temu z ośrodka dziękującego za to, że istniejecie:

Witaj Doktorze! Sześć lata temu moja rodzina przywiozła mnie do ośrodka w Janochach. Byłem po miesięcznym ciągu alkoholowym, brudny, obolały, utraciłem chęć życia. Zostałem tylko dla tego że nie miałem siły aby się zbuntować. Po badaniach okazało się że mam uszkodzoną trzustkę, wątrobę i wszystkie podroby. Po trzech dniach chciałem zakończyć leczenie, ale dzięki Tobie doktorze i ludziom z którymi pracujesz zostałem. Mam teraz świadomość że to uratowało mi życie. Byłem u Was osiem tygodni. Był trudny, ale i ciekawy dla mnie czas. Leczenie ukończyłem w piękny kwietniowy dzień w dobrej kondycji fizycznej i psychicznej. Minęło sześć lat mojego zdrowienia . Obecnie mam normalnie funkcjonującą rodzinę, prowadzę własny biznes. Zawdzięczam to też temu, że są "Janochy", że jak mi jest ciężko to mogę do Was zadzwonić czy przyjechać. Dzięki tym wizytom, które pewnie doktor pamięta dostaję nową energię do życia. Wybieram się znowu do Was w kwietniu na kolejną Sesję Zapobiegania Nawrotom Choroby.

To laurka, prawda? 

Włodzimierz – Nazywaj jak chcesz. Myślę, że to szczery list. 

M. – Nie przeczę. Jest też taki:

Uff. Prawie poległem. Gówniany Okres świąteczny, te ciągłe życzenia i alkohol wkoło. Męczy mnie ta abstynencja. Wszędzie widzę wódę, otacza mnie morze wóda, morze wódy. Oraz te wyrozumiałe spojrzenia pijących. To jest szantaż. Gówno. Męczy to. 

Włodzimierz – To też szczery wpis. A moja odpowiedź autorowi, to – uciekaj, uciekaj od takich sytuacji, od takich świąt, nawet jeżeli to są Święta Bożego Narodzenia albo Wielkanocne. 

M. – Opowiadasz w ośrodku dużo dowcipów. Zdaję sobie sprawę, że zazwyczaj w celu rozładownia napięcia. Zdarza się przecież często, że pacjent usłyszy od terapeuty dość brutalną prawdę o sobie, a także że tonem despoty przypominasz o zaleceniach i twardych regułach, których muszą się trzymać. Ach, rozbawiłeś niedawno towarzystwo opowiadając o gościu kupującym butelkę Smirnoffa. Jak to było? 

Włodzimierz – Dowcip rozładowuje napięcia i jest antidotum na agresję. Pamiętaj, że alkoholik czy narkoman bardzo łatwo przechodzi ze stanu rezygnacji w stan wzmożonego napięcia emocjonalnego i agresji. A ten dowcip z kupującym wódkę brzmiał tak: Podchodzi facet do baru i zamawia butelkę Władimira Smirnoffa. – Jan Kowalski jestem – przedstawia się barmance. - Nie musi pan mi mówić, jak się nazywa – mówi do niego barmanka. – Przedstawiam się, bo nie jestem anonimowym alkoholikiem – mówi na to gość... 

M. – Piękna anegdotka, a wiesz jak zabawne może być dla gościa odwiedzającego ośrodek wydarzenie, którego byłem świadkiem... Siedzieliśmy przy kolacji, obok mnie jadł, a właściwie próbował przeżuwać kawałek wędliny, pacjent z jednodobowym stażem. Widać było, że jeszcze bardzo walczył ze skokami ciśnienia i rozedrganym żołądkiem. Podano mu kieliszek z grubego szkła z lekarstwami. Szybko przechylił go do ust i łyknął na raz wszystkie tabletki. Obserwował go ośrodkowy terapeuta Bronek i rzucił – O, tego właśnie musisz się oduczyć. Nie będziesz na pewno tak tutaj połykał tabletek.

Włodzimierz – Anegdotyczne, ale prawdziwe.

M. – Właśnie, opowiadałeś mi sporo o twoich przejściach, anegdotycznych, ale prawdziwych. Rozprostujmy trochę kości, łyknijmy świeżego powietrza i prośbę mam, żebyśmy wrócili do aromatycznej kawy, domowego ciasta i do wydarzeń w twoim życiu najbardziej znaczących.

Włodzimierz – Zatem zapraszam na spacer. Acha, uzupełnię zapas czekoladek, dostarczają organizmowi magnez, wypłukiwany przez kawę. Przyjemniej jest regulować poziom tak potrzebnego pierwiastka czekoladą niż kroplówką. A magnez bierze udział w syntezie białek i kontroluje wszystkie procesy zachodzące w organizmie. Przydatny w zwalczaniu stresu. Ale z magnezem nie należy przesadzać, gdyż jego stosunek do wapnia na przykład powinien wynosić jeden do dwóch. Tak więc ostrożnie z czekoladkami, bo jeszcze nie jesteśmy wapniakami. No, chodźmy rozprostować te nasze kości. Co tak ci się mina nagle wydłużyła? Naprawdę nie wyglądasz na wapniaka. Chcesz zobaczyć dzieci Weny?

M. – Jakąś metaforą mi to pachnie.

Włodzimierz – Wena jest suką rasy labrador. Niedawno się oszczeniła i mamy dziewięcioro szczeniaków labradorówków. Wszystkie mają imiona na literę „A’, wymyślanie ich było niezłą zabawą. Uważaj, kiedy będziesz chciał pogłaskać dzieci Weny, mają już ostre ząbki.

(…) 

M. – Utkwiło mi w pamięci twoje stwierdzenie, że wszyscy jakby żyjemy swoim rytmem. Wpadamy w rytm pracy albo zabawy, rytm działania z premedytacją albo życia z dnia na dzień. Dobrze jest się zatrzymać i wsłuchać się w rytm, czy załamuje się i czy akurat nam dobrze służy. Tak to mniej więcej powiedziałeś. Na pewno przeżywałeś okresy działania, że tak to nazwę, w rytmie beztroskiego lata albo lat beztroskich.

Włodzimierz – Pewnie zmierzasz do pytania, czy miałem świadomość, na ile mi służy to, co robię.

M. – Tak. Czy zdawałeś sobie sprawę jak się nakładał i rozmijał rytm pozytywistycznej pracy, na jaką się decydowałeś, z rytmem cyganeryjnego życia jakiemu się oddawałeś?

Włodzimierz – Trudne i jakoś skomplikowane pytanie. Może jednak decydowałem się na cyganeryjne życie, a nie jemu się oddawałem albo poddawałem. Raczej z wyboru chciałem obcować z bohemą... Twórcze osobowości przyciągają. Wiesz, można to chyba nazwać rodzajem uzależnienia, nie od życia na ciągłym gigancie, na wykręcaniu numerów... myślę o tym, co czułem. Życie cyganeryjne uzależnia swoją kreatywnością. Koloryt swoją drogą, ale myślę, że mnie zawsze pociągała i uzależniała cyganeryjna, bohemowa kreatywność... dobrze to przecież znasz. Coś wynika z bycia, coś zostaje... Z lumpenproletariatem, z ideą picia dla picia, cwaniakowania, zdobywania kasy na alkohol, bym się nie związał. A co do tego rytmu, mówiłem o nim metaforycznie. Użyłem jako przenośni, przywodzi na myśl wyrażenie „wypaść z rytmu”, a czasem warto to zrobić.

M. – Idiomatyczne wyrażenie.

Włodzimierz – Tak, nie mylić z idiotycznym.

M. – Moim zdaniem, sygnałem informującym cię, że czas na wyłamanie się z rytmu, była lotniskowa historia z japońską arystokratką. Mam prośbę o przypomnienie jej... a zwróć... zwróć uwagę na przywołanie bluesa. Lubisz go słuchać, a przypomniały mi się słowa ładnego bluesa, napisane przez Bogdana Loebla, śpiewanego przez Mirę Kubasińską z zespołem Breakout - „słuchać rytmu serca bębna”, a może „... głosu serca bębna”. Wydaje mi się, że jedno i drugie słowo pasuje. Poza tym „wyłamanie” to „breakout”, czy tak?

Włodzimierz – „to break out” możesz przetłumaczyć jako „oswobodzić się”. Jeśli dodasz „of prison”, to dodasz – z więzienia. A jasne, że lubię bluesa i śpiewanie Kubasińskiej i Nalepy, Claptona, Mayalla, Kinga. Clapton napisał piękną piosenkę poświęconą pamięci swego tragicznie zmarłego synka – „Tears In Heaven”, czyli „łzy w niebie”.

M. – Proszę o hollywoodzką historię z japońską księżniczką.

Włodzimierz – Domyślam się, o jaki sygnał chodzi w kwestii wyłamania się czy oswobodzenia się. To zdarzenie było potwierdzeniem reguły schematu. Właściwie bohaterem nie była kobieta. Miałem piekielnie odpowiedzialne zadanie odebrania z lotniska ważnej Japonki z arystokratycznego rodu i dostarczyć vipowemu towarzystwu, oczekującemu na jej przyjazd. Samolot lądował około południa, a ja obudziłem się rano po długiej nocy i krótkim śnie. Dygot rąk, a również wnętrzności, z mózgiem włącznie. Zrealizowałem potrzebę pomocnego wyrównania poziomu alkoholu i postanowiłem powoli przemieszczać się w kierunku lotniska. Obudziłem się tam, dokąd zmierzałem, z tym, że był już wieczór, a ja przy barze. Okazało się, że moja Basia odebrała tę Japonkę i, rada nie rada, zawiozła do naszego domu. Co byś w tym momencie zrobił na moim miejscu?

M. – Coś bym zamówił w barze.

Włodzimierz – To później. Najpierw się sprawdza, co zostało w kieszeniach. Portfel był na swoim miejscu, karty płatnicze też, i było jeszcze coś, no właśnie – bilet do Londynu. Na bezfilmiu kupiłem bilet powrotny do Europy. Na trzeźwo bym tego nie zrobił, więc był to podkorowy sygnał, sygnałówka do odwrotu.

M. – Zatrąbiła i co? 

Włodzimierz – I nic. Nie odleciałem.

M. – Jednak jakiś punkt zwrotny nastąpił. Czy zdarzyło się coś, jakieś wydarzenie załamujące ten, że tak go nazwijmy, rytmiczny ciąg. Czy było to wydarzenie, czy też decyzję o bezwzględnej abstynencji podjąłeś po, nie wiem, jakichś introspektywnych przemyśleniach?

Włodzimierz – Był pewien wieczór na Manhattanie, czułem się podobnie jak tego przedpołudnia, kiedy wyruszałem na lotnisko. Przebudziłem się pod wieczór. Dotarłem do najbliższego baru...

M. – Przepraszam, jak dawno to było?

Włodzimierz – W dziewięćdziesiątym czwartym, dokładnie piętnaście lat temu.

Więc dotarłem do tego baru, byłem opanowany... ale przez znajomy dygot wewnętrzny, no i poprosiłem o szklaneczkę whiskey, zdaje się, że była to zbożowa Hudson Manhattan. Barmanka obrzuciła mnie fachowym spojrzeniem i zapytała, czy nie chcę przypadkiem podwójnej. Odpowiedziałem, że jasne. Po tej podwójnej zamówiłem następną, wyrażając głośno nadzieję, że ta już zada spokój organizmowi. Zgodziła się z tym ta sympatyczna barmanka. Pogadaliśmy trochę i w pewnym momencie wręczyła mi wizytówkę. - Szkoda ciebie, wyglądasz na ciekawego i porządnego faceta – stwierdziła z autentyczną troską, - masz tu telefon i adres, niedaleko stąd, do moich przyjaciół. Założyli grupę AA, zajrzyj do nich – powiedziała to jak stara dobra przyjacióła. Sama należała do tej grupy. Przeżyłem wstrząs. Zostałem zdiagnozowany. Jakby ktoś trzymał w ręku wyniki mojego prześwietlenia. Widzisz, diabli wiedzą, kiedy nadejdzie iluminacja.

M. – W psychologii nazywana „zjawiskiem aha”.

Włodzimierz – Zgadza się. Nagle pojawiło się gotowe rozwiązanie problemu. Świadomość, że tak należy zrobić, że przecież już czas. No, po bardzo długim okresie nieświadomości.

M. – Jest takie pomocne rozważaniom słówko – gdyby. Gdybyś wybrał się do tego baru dwa, trzy, pięć lat wcześniej, gdybyś trafił na tę barmankę i powiedziała ci to samo, czy przeżyłbyś wtedy olśnienie.

Włodzimierz – Nie wiem, trudno powiedzieć. Na podjęcie decyzji składa się splot okoliczności i oczywiście czas, termin jej podjęcia. Jasne, że musiałem dotrzeć już do pewnego momentu, punktu, w którym byłem zdeterminowany do decyzji – wyczyszczam swój organizm z alkoholu. Czas mija bezpowrotnie, musiałem zdać sobie sprawę, że zaczynam bezpowrotnie tracić szansę na realizację tego, co sobie zamarzyłem. Marnować okazję, jedna po drugiej.

M. – Zrodził się żal – szkoda, że tak się stało?

Włodzimierz – Tak, nie jestem typem roztrząsającym zmarnowane okazje, ale przyszedł wtedy czas uświadomienia sobie, że okazje mogą się nie powtórzyć.

M. – Pojawiły się wyrzuty sumienia?

Włodzimierz – Też, pomagają w tym najbliżsi, to znaczy z ich powodu przychodzą wyrzuty sumienia. Była przy mnie Basia, dorastała wtedy moja córka Kasia, w Stanach zamieszkał mój brat. A ja – syn, brat, mąż, ojciec marnotrawny. Marnotrawiłem czas, taka właśnie przyszła świadomość. Nie wiem, czy gdybym wcześniej trafił do tego baru, czy tak podziałałoby to, co powiedziała barmanka. Być może – nie. Być może trzeba płynąć aż się dopłynie do punktu zwrotnego, on sam do ciebie się nie zbliży ani o centymetr. Dopłyniesz i dopiero wtedy możesz dokonać nawrót.

M. – Julio Cortazar bardzo plastycznie opisał w jednej ze swych powieści, zdaje się w „Grze w klasy”, przypadek faceta, któremu zabagnia się życie z powodu jego niefrasobliwości. Postanawia dotrzeć do dna niepowodzeń, do twardego gruntu, którego przebić nie można, a wypada tylko się od niego odbić.

Włodzimierz – Użyłeś słowa – niefrasobliwość. Chyba celne słowo w moim przypadku.

M. – Powiem więcej, w twoich przypadkach – Przypadki człowieka niefrasobliwego.

Włodzimierz – No, no, powiedziałem wcześniej o własnej nieświadomości. Myślę, że jednak miałem świadomość uzależnienia i skutków działania alkoholu, ale byłem w tym wszystkich swoich poczynaniach niefrasobliwy. Niby dbałem o siebie i najbliższych, potrafiłem zarobić pieniądze, jednak gdzieś tam odzywało mi się, że stać mnie na więcej, że nie zatapiam się i nie zatopię, ale dryfuję w bliżej nieokreślonym kierunku. Jakby rytm działania wyznaczała chęć przeżywania, poznawania. Poznałem dużo ciekawych ludzi.

M. – Ludzi o silnych, twórczych osobowościach?

Włodzimierz – Na pewno. Z takimi szalenie łatwo o nagłą decyzję wyruszenia w podróż.

M. – W podróż na szlak? Mam na myśli wędrowny szlak naznaczony knajpami, krótko mówiąc – wędrówkę po knajpach.

Włodzimierz – Niekoniecznie na szlak, można wsiąść w jeepa i wyruszyć na prerię, albo odwiedzić inny stan.

M. – Steve McQuenn podobno zabierał goszczące u niego towarzystwo na nieco szalone przejażdżki jeepem po prerii. Towarzystwo nie było zadowolone, szczególnie panie.

Włodzimierz – Opowiadał o tym Roman Polański. Ja powiedziałem o podróży – ucieczce do innego miejsca. Ot tak, zmienić klimat.

M. – Silną i twórczą osobowość posiadał Marek Kotański. Spędziłem z nim kilka dni podczas jego wizyty w Berlinie Zachodnim ( było to w latach osiemdziesiątych, kiedy Berlin był podzielony). Marek pojechał tam dzielić się swoimi doświadczeniami w pracy na rzecz przeciwdziałania narkomanii, porównywał działanie Monaru z berlińskim Synanonem. Po oficjalnych spotkaniach bardzo intensywnie zwiedzaliśmy Berlin, Marek był niespożyty w tym zwiedzaniu i wykazywał wielką kondycję w nocnych nasiadówkach. – Jestem w podróży, chcę poczuć klimat miasta – powtarzał, gdy namawiałem go do odpoczynku. A przypomniał mi się nie bez przyczyny, gdyż widzę sporo podobieństwa między jego osobowością a twoją. Na pewno w sposobie zaangażowania ludzi i w swoją pracę. Niczego nie traktował „letnio”, był człowiekiem „gorącym”.

Włodzimierz – Nie wiem, to twoje zdanie.

M. – Wróćmy do podróży. Mam prośbę, byś przytoczył kilka przykładów nieoczekiwanych zmian miejsc, które czymś szczególnym zaznaczyły się w twojej pamięci. Oczywiście dodam – też kimś szczególnym. Takie, które mogły być małymi punktami zwrotnymi...

(…)

 


Zapraszamy na nasze strony:


www.detox-odtruwanie.pl

www.alkoholizm-narkomania.pl

www.janochy.pl